Wyszłam za mąż w wieku 35 lat, a mój wybranek miał 24 lata. Ale kochaliśmy się i nie zwracaliśmy uwagi na opinie innych ludzi. Sześć miesięcy po ślubie urodziły się Lizonka i Lidochka. Wołodia kochał dziewczynki. Potem wszystko zaczęło się psuć.
Wołodia zaczął coraz częściej pracować do późna. Czasami nie nocował. Rozumiałam, że starał się dla dziewczynek i dla mnie. Ceny towarów w sklepach rosły, ale nie odczuwaliśmy tego. Wołodymyr zostawiał mi 3000 hrywien tygodniowo na wydatki domowe.
To nam wystarczało. Poradziłam sobie bez niań i nie spieszyłam się z powrotem do pracy. Moje matczyne uczucia wzięły górę. Musiałam popełnić duży błąd. W ciągu roku przytyłam osiem kilogramów i czułam, że stale przybieram na wadze. Gdy tylko moje córki zasypiały, byłam głodna. W miarę jak dziewczynki rosły, wydatki rosły.
Wołodia zaczął zostawiać prawie 4 tysiące tygodniowo. Pracował coraz więcej na pół etatu i wracał do domu, szczerze mówiąc, tylko po to, żeby spać. Nie uczyliśmy się zbyt wiele. Rano nie znajdowałam go obok siebie, a kiedy zasypiałam, wymykał się do kuchni, żeby się przespać. Na sofie. Znajdowałem go tam rano, przykrytego kocem. Powiedział, że wyszedł, bo palił w nocy i nie chciał nas budzić. W jedną z tych rzadkich nocy zapytałem Wołodię, ile w sumie zarobił. Odpowiedział sucho, pytaniem na pytanie: “Nie masz dość?”. Rano zobaczyłam 5 tysięcy na kuchennym stole i zrozumiałam, że Wołodia nas kocha.
Trwało to prawie sześć miesięcy. Regularnie zostawiał 4-5 tysięcy w poniedziałki. Nie było go przez dwa dni. Wieczorem wrócił. Był wesoły. Uśmiechał się. Spakował spodnie i koszule do walizki i skierował się do wyjścia. Stanąłem przed drzwiami: – Wychodzisz? – Tak. Idę. Dlaczego? Będę chora. Z czego? Z twojego menu. To nie moje. Ze sklepu. – Jedno danie jest twoje. – Które? – Nieważne… – A dzieci? – Zajmę się nimi… Tydzień później przelał na moją kartę 5000 hrywien. Poszedłem i wypłaciłem. Nie jestem rozrzutny. Rozumiem, że gdzieś daleko od stolicy są ludzie, którzy mogą tak żyć z całą rodziną za takie pieniądze. Za 5 tysięcy miesięcznie. Ale nie mogę. Nie chcę wychowywać dzieci, które potrzebują tylko jedzenia i ubrań.
Chcę wychować dziewczyny, które będą przydatne dla świata, przyzwoitych ludzi. Nie powinny myśleć o kawałku chleba i o tym, co założą rano. Powinny mieć możliwość wyboru. Zadzwoniłem do Volodyi i powiedziałem mu, że zamierzam złożyć pozew o alimenty. Wydawał się niewzruszony: “Śmiało, czekam. Ale jeśli chcesz, nie musisz brudzić się sprawiedliwością. Moja przeszłość kryminalna nie przysłuży się moim dzieciom w przyszłości. Zawrzyjmy umowę.
Będę ci płacił 12 000 miesięcznie, a ty będziesz mi dawał potwierdzenie każdego przelewu. Może dam ci jeszcze tysiąc na prezenty dla dzieci. Jeśli pójdziesz do sądu, dostaniesz 1/3 mojego oficjalnego dochodu. To tylko trzy tysiące hrywien. Zastanów się. “Więcej nie dostaniesz” – Wołodymyr, ale kiedyś dałeś mi w sumie 20 tysięcy. Czasami cię wykorzystywałem. Teraz jest inaczej. Przykro mi. W tym życiu za wszystko trzeba płacić. – Rozumiem. “Nie żal ci dzieci, Wołodia?” “Gdyby nie dzieci, nie dostałbyś ani grosza”.
Odłożył słuchawkę. Siedzę i myślę. Co mogę zrobić? Życie jest takie niesprawiedliwe. Te szare pensje są po prostu nie do zniesienia. Mój prawnik powiedział mi: “Zgódź się, to dla ciebie korzystne. W przeciwnym razie dostaniesz tyle, ile powiedział twój były mąż”. Zadzwoniłam do Volodyi i powiedziałam mu, że się zgadzam. Odpowiedział mi bezczelnie: “Kto w to wątpił?”. “Jutro wieczorem, o 19:00, przyjdź do kawiarni Spusk i przynieś rachunek na 5000. Na razie.” Usiadł w kawiarni i zjadł kolację. Wręczyłem mu rachunek. Wyjął smartfona i dokonał obliczeń. Siedział tam w butach i z brudną twarzą. Zrobiło mi się go żal. Zapytałam go: “Wołodymyr, nie dasz dziś dzieciom żadnych prezentów? I czy masz kobietę w swoim życiu?
Musiał zdać sobie sprawę, że patrzę na jego buty. Przełknął kawałek kotleta, wsunął stopy pod krzesło, na którym siedział, i odpowiedział: “Smakołyki są na później”. “Za dwa tygodnie przyprowadzisz tu swoje córki i się rozliczymy. Chcę zobaczyć, jak je utrzymujesz. Może nadszedł czas, aby ubiegać się o opiekę. Ale nie wnikaj w moją duszę. Na świecie jest wiele kobiet, nie jesteś sama. Posłuchałem go i wyszedłem. Kupiłem trochę jedzenia i wina. Ormiańskie wino. W domu płakałam i płakałam… Beznadzieja. W przyszłym tygodniu muszę oddać Lidę i Lisę do żłobka, a ja muszę iść do starej pracy.
Nie wiem, czy przywrócą mnie do pracy, czy nie. Być może będę musiał poszukać nowej pracy, z szarą pensją. Nie obchodzi mnie, czy będzie szara. Czas mu udowodnić, że nie potrzebuję jałmużny. I będzie musiał płacić alimenty. Nawet jeśli będzie to 1/3 mojej pensji, i tak jutro złożę pozew. Niech żyje.