Noc zapadła wcześnie tego wieczoru, cięższa niż zwykle. Chmury wisiały nisko nad wioską, wciskając ciszę na dachy. W starym domu Michałycza na skraju lasu jedno okno płonęło jasno.
Nikt nie widział, jak dziewczyna odchodzi.
A jednak … ona tam była.
Niektórzy twierdzili, że dostrzegli ją za zasłonami-nie chodzącą, ale szybującą, jej skóra prawie świeciła w świetle lampy. Inni przysięgali, że widzieli ją stojącą boso w ogrodzie, szepczącą do brzóz, jakby byli starymi przyjaciółmi.