Pewnego dnia dostałem list – był starannie zaadresowany, ale nie było nadawcy ani żadnego adresu zwrotnego. Wyglądało to dość dziwnie. Zastanawiałem się przez dłuższą chwilę kto mógł go wysłać, ale nie miałem pomysłu. Po kilku minutach otworzyłem kopertę i przeczytałem zawartość. Były to tylko dwa zdania: „To twoja wina! Zniknij z mojego życia!” Myślałem, że to jakiś żart i ostatecznie zbagatelizowałem sprawę, wyrzucając list do kosza.
Kilka dni później moja sekretarka przyniosła mi kolejną kopertę o identycznym wyglądzie. Zapytałem ją, kto ją przyniósł, ale odpowiedź mnie nie satysfakcjonowała – to był kurier. Zirytowany powiedziałem jej, żeby przestała mi przynosić takie listy i żeby w razie kolejnych dostarczyła je ochronie i przekazała, żeby zajęli się sprawą. Minęło kilka dni i nie przyszedł żaden nowy list. Siedziałem w moim gabinecie, gdy nagle usłyszałem hałas i zamieszanie dochodzące z korytarza. Zdecydowałem się wyjść, aby zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że ochroniarz prowadził kobietę w moją stronę. Kazałem mu ją puścić, ale kiedy podeszli bliżej, ochroniarz pokazał mi list bez nadawcy.
Poprosiłem nieznajomą kobietę, żeby usiadła na krześle, a sam zająłem miejsce naprzeciwko niej. Zacząłem zadawać jej pytania, chciałem się dowiedzieć o co jej chodzi, przeszło mi nawet przez myśl, żeby wezwać policję, ale ona mnie przejrzała i pierwsza poruszyła temat policji. Powiedziała, że jeśli ich wezwę, to ja zostanę aresztowany, a nie ona. Zdziwiłem się i zapytałem, za co. Wtedy wyszło na jaw, że rzekomo groziłem jakiejś Alicji.
Zaskoczony tą odpowiedzią, odparłem, że faktycznie w naszej firmie pracowała jedna Alicja, ale odeszła kilka miesięcy temu i właściwie to ona mnie prześladowała. Kobieta jednak upierała się, że Alicja nie była taka i że była w mnie zakochana. Twierdziła, że codziennie pokazywała jej moje zdjęcia, a ja ją zraniłem… Próbowałem jej wytłumaczyć, że między mną a Alicją zawsze były jedynie służbowe relacje i widocznie coś sobie wymyśliła, bo nigdy nie dałem jej do zrozumienia, że jestem nią zainteresowany. W każdym razie, wyraziłem swoje współczucie.
Niestety, ta kobieta wpadła w histerię. Krzyczała, rzucała przedmiotami, więc zwróciłem się do ochroniarza, ponownie zastanawiając się, czy powinienem wezwać policję. Jednak zdecydowałem, że ta kobieta potrzebuje pomocy lekarskiej, nie kary. Poprosiłem sekretarkę, żeby umówiła tę kobietę do mojej szwagierki, która prowadziła własny gabinet psychoterapii, a sam udałem się na cmentarz. Stanąłem nad grobem Alicji i szepnąłem: „Czy to właśnie zrobiłaś? Pożegnałaś się z tym światem i wysłałaś kogoś innego w poszukiwaniu zemsty?”