Gdy Halina i Marek wprowadzali się do domu obok naszego, od razu pomyśleliśmy: „Będziemy mieli sąsiadów do wspólnego grillowania”. Ona – rudowłosa, zawsze uśmiechnięta. On – pracowity, opanowany. Mieszkali spokojnie, bez zbędnych awantur, jednak od pierwszego dnia z zapałem zabrali się za remonty. W końcu zawsze jest coś do zrobienia w nowym miejscu.
Bywało, że do siebie zaglądaliśmy, pożyczaliśmy narzędzia, i tak się zaprzyjaźniliśmy. Już w pierwszym tygodniu nowi sąsiedzi postanowili nas zaprosić na ich parapetówkę. Była udana. Z biegiem czasu coraz bliżej się poznaliśmy, nasze żony też nawiązały przyjaźń. Często w weekendy organizowaliśmy wspólne grille na podwórku – były to prawdziwe uczty. Jednak coś mnie niepokoiło w Marku. Okazał się być niewierzący.
W pewną niedzielę rano wyszedłem na podwórko, a tam Marek już przemierzał teren z narzędziami w rękach. „Sąsiedzie, odpocznij, w końcu mamy niedzielę! To czas na odpoczynek, pamiętaj o kościele. To nie dzień na pracę!” – próbowałem go przekonać, ale mnie nie posłuchał. Tego samego dnia Halina pojawiła się u nas wieczorem, blada jak ściana…
Sam byłem kiedyś podobny – w Wielką Niedzielę pracowałem i poparzyłem się spawarką, co zostawiło trwałe ślady. Od tego momentu na stałe wpisało się w moją pamięć: w dzień święty trzeba iść do kościoła, odpocząć, wszystko da się zrobić, a tak to codziennie, jak w kołowrotku.
Kilka dni przed wspomnianą niedzielą, Marek zabrał się za kopanie dołu pod drzewem śliwkowym. Długo pracował, w parę dni wykopał dość głęboką jamę. Ale nadszedł niedzielny ranek. Jego żona wyruszyła na spotkanie ze znajomymi, a Marek ponownie zabrał się za kopanie. „Marek, odpocznij” – mówię, „w niedzielę nie pracujemy”. Ale Marek jedynie się uśmiechnął: „A kiedy mam to zrobić? Jutro znowu idę do pracy. I pojutrze. I przez trzy kolejne dni. W sobotę jedziemy do rodziców Haliny, więc pozostaje tylko niedziela.”
Co tu dużo mówić? Życzyłem mu powodzenia i wróciłem do swoich spraw. Wieczorem Halina wbiegła do naszego domu, blada jak płótno i krzyczała na cały głos: „Tam jest Marek! Marek!”.
„Co się stało? Spokojnie, opowiedz” – powiedziałem. Ale Halina nie przestawała krzyczeć „Marek, Marek”. „Co się stało? Spokojnie, opowiedz” – uspakajała ją moja żona. „Tam leży Marek” – wykrztusiła w końcu Halina. Zęby jej zaczęły tak głośno stukać, że można by pomyśleć, że pociąg przejeżdża przez podwórko. Wyszedłem na dwór, a tam leżał Marek. W dole, który sam wykopał. Wydobyliśmy go i zadzwoniliśmy po pogotowie. Cały ten czas był nieprzytomny. Kiedy odzyskał świadomość, opowiedział, że spadł wcześnie rano, zaraz po tym jak wyszedłem. Próbował krzyczeć, ale nie mógł, potem stracił przytomność. I tak leżał.
Na szczęście Halina wróciła dość wcześnie. Okazuje się, że Marek złamał sobie obie ręce i skręcił kostkę. Nie wiem jeszcze, jak długo będzie musiał nosić gips, ale na pewno nie będzie w stanie pracować przez co najmniej pół roku… „Porozmawiaj z nim” – mówię do Haliny – „nie pracujemy w niedzielę. Dobrze, że w ogóle żyje”. W końcu to on sam wykopał tę jamę. „Powiedziałam mu. Myślę, że teraz sam doceni wartość niedzieli” – uśmiechnęła się Halina. „Sześć godzin w dole wystarczyło, by zrozumiał, co naprawdę ma znaczenie w życiu.”