I stało się, w życiu nie pomyślałabym, że takie rzeczy się dzieją, ale jednak. Pobraliśmy się siedem lat temu, a ani razu nie byliśmy na żadnym wspólnym wyjeździe. Aż do teraz, urodził nam się synek i postanowiliśmy pokazać mu trochę świata, a i sami zwiedzić co nieco. A tu proszę… W ostatniej chwili wszystko nam się posypało.
Moja mamusia, znana ze swojej złośliwej natury i zdolności do wpadania w tarapaty w najmniej oczekiwanych momentach, postanowiła sobie złamać nogę tuż przed naszym wyjazdem. Tak, dokładnie, złamać nogę! I nie byle jak, ale tak, że konieczny był zabieg i teraz będzie nosić gips przez dwa miesiące minimum.
Tutaj zaczyna się właściwa historia, bo jak to w rodzinie bywa, wszystkie obowiązki spadły na mnie. Mieliśmy wybrany hotel, opłacone bilety, wszystko w okolicach Wielkanocy. Wolne w pracy załatwione, atrakcje wybrane, wydaliśmy trzy tysiące, a dla nas to duże pieniądze.
A teraz, zamiast niedługo pakować walizki, biegałam po szpitalach, a potem urządzałam dom pod powrót mamy. Wyjazd? Jak to? Kto się zajmie mamą? – mówiłam do męża.
A mój mąż? No cóż, można by pomyśleć, że zrozumie, wspomoże, no bo jak inaczej? Ale nie. On się wkurzył. I to nie tak trochę, ale na całego. Mówi, że to niemożliwe, żeby zawsze coś było. Że moja mama musiała specjalnie sobie tę nogę złamać, bo zazdrościła nam tego wyjazdu. No dajcie spokój, jak można tak kogoś osądzać? Mama nie pochwala takich zagranicznych wyjazdów, mówi, że wszystko mamy tutaj w Polsce, ale ja uważam, że to tylko takie jej narzekanie.
Kto normalny łamie sobie nogę na złość? Ale mój mąż jest uparty. Mówi, że jeśli zostanę z mamą, to on się wyprowadza. Tak, dokładnie, ultimatum postawił. Nasz wyjazd albo moja matka.
No i co ja mam teraz robić? Z jednej strony mama, która potrzebuje opieki, z drugiej mąż, który gotów jest zostawić rodzinę przez złamaną nogę. Rozumiecie to? Bo ja już nie. Powiem wam szczerze, moja mama to też niezła kombinatorka. Wiele razy jak jej się coś nie podobało, to kombinowała tak, żeby wyszło na jej. Jak byłam młoda i chciałam iść na studia pielęgniarskie, to mama tak się uparła, że w dzień składania dokumentów, podarła mi świadectwo ukończenia szkoły. Nic nie mogłam zrobić i wyszło na jej – poszłam od razu po szkole do pracy.
Dlatego nie ufam mamie, ale żeby aż tak? Nie wydaje mi się, żeby specjalnie na złość nam, uszkodziła sobie tę nogę. A co najlepsze, mamusia nadal uważa, że za dwa tygodnie ona już będzie skakać jak sarenka, a mój mąż się opamięta i wszystko wróci do normy. Proponowałam jej, że my wyjedziemy, a dla niej zatrudnimy opiekunkę. Ale ona wpada w płacz, panikuje, że już nie jest nikomu potrzebna…
Żeby tego było mało, teściowa wtrąca swoje trzy grosze, mówiąc, że zawsze wiedziała, że ta moja mama to dramat i tarapaty na dwóch nogach. A ja jestem między młotem a kowadłem. Zamiast cieszyć się z wyjazdu, słucham, jak moje małżeństwo powoli się rozpada.
Nie wiem, może faktycznie moja mama miała jakieś tajemnicze plany zepsucia nam wyjazdu, a może to tylko zbieg okoliczności. Jak wybrnąć z tej sytuacji? Jak zachować rodzinę i jednocześnie nie zostawić mamy samej sobie? Wyjechać z rodziną, a dla matki zatrudnić opiekę?